Chyża Durbaszka 21 kwietnia 2018 r. – relacja

Na miejscu startu Chyżej Durbaszki pojawiam się jako jedna z pierwszych osób. Patrzę w błękitne niebo i czuję, jak temperatura otoczenia ciągle się podnosi. Żałuję, że nie mam krótkich spodenek. Przynajmniej kolan nie poobdzierasz (co niestety mi się zdarza ) – uspokaja mnie mąż. A może powinnam coś zjeść? Nie wzięłam banana. Trudno, zjem później. Po wyjątkowo dobrze przespanej nocy na śniadanie zjadłam tylko bułkę z dżemem, nic więcej nie chciało przyjąć moje zestresowane ciało. I ciągle piję, piję, piję… Wciąż mam wątpliwości czy jestem dobrze nawodniona na zapowiadający się upał.

Rynek w Jaworkach zaczyna zalewać fala pełnych entuzjazmu ludzi ubranych we wszystkie kolory tęczy. To moi współtowarzysze biegu. Jedni, witają się ze sobą, śmieją się, rozmawiają, inni w skupieniu rozgrzewają mięśnie. Odnoszę wrażenie, że wszyscy mniej lub bardziej, ale jednak się znają. Są całe teamy, grupy znajomych, tylko ja taki debiutujący, zielony szczypiorek nie znam tu nikogo. Nie poprawia mi to nastroju. Przysiadam się na ławkę obok biegaczki, z którą nie wiem nawet kiedy, nawiązuje się przyjemna rozmowa. To Ania – mój Anioł Stróż numer 1. Dlaczego Anioł Stróż? Bo czuję, że tego dnia Opatrzność nade mną czuwa.

Z Anią z Katowic rozmawiamy sobie o rozgrzewkach, rozciąganiu, kontuzjach, zawodach, treningach w górach. Typowy dialog biegaczek przed startem. O Panie! Ile mi dała ta rozmowa! Czuję, jak z każdą chwilą schodzi ze mnie cały stres. Rozmowa z Anią przywróciła mi zachwianą przez moment wiarę we własne siły. Dasz radę, tylko nie spal się na początku – mówi Ania, dla której biegi górskie to nie pierwszyzna.

Jaworki - Start

Na linii startu stoję spokojna. Czekam na odliczanie. Chcę być jak najszybciej w górach. Mówię do Ani powodzenia i jak piłkarz wbiegający na murawę, tak i ja robię znak krzyża i ruszam. Pierwsze kilometry to asfalt i kibice z Jaworek. Jest wesoło, jest doping, okrzyki, bębnienie w garnki. Potem już cisza i szum strumyków. Tak jest najlepiej. Przede mną Dolina Białej Wody dzika, ale spokojna. Truchtam powoli, cały czas pod górę, daję się wyprzedzać, tłumaczę sobie, że muszę zacząć spokojnie, inaczej nie zrobię tego wcale. Jeszcze tylko przez chwilę mam Anię w zasięgu wzroku i znów zostaję sama. Nie przeszkadza mi to. Przez 20 km nawet przez chwilę nie czuję się samotna.

Na zawodach raczej nie słucham muzyki. Nie chcę się izolować, chcę wszystkimi zmysłami uczestniczyć w wydarzeniu. Teraz słyszę rwący potok i rozmowy innych osób. Przeklinają upał. Nie dziwię się, po dwóch kilometrach pot mnie zalewa, a para bucha z nozdrzy. Jestem skupiona, ale nie spięta, czasem milcząca, a czasem mówiąca coś do siebie pod nosem. Patrzę uważnie na wszystko co mnie otacza. Chcę zarejestrować w pamięci jak najwięcej obrazów i jak najwięcej emocji.

Chyża Durbaszka Dolina Białej Wody

 

Do Przełęczy Rozdziela mam cały czas pod górę. Pierwsze pionowe podejście za mną. Kręci mi się w głowie i chce mi się wymiotować. Nie mogę opanować bicia serca. Cały czas mam sucho w gardle. Boję się ściany, bomby, odcięcia prądu, czy jak to jeszcze nazywają. Wsłuchuję się w swój organizm i ruszam z uczuciem, że wciąż nad wszystkim panuję.

Dolina Białej Wody - Pieniny

Boże, jak tu jest pięknie. Robię zdjęcie i lecę na wyczekiwany pierwszy zbieg. Ze szlaku żółtego przechodzę w szlak niebieski. Wypatruję ultrasów, powinni już tu być. Mam okazję zobaczyć w akcji prawdziwych wojowników (w moim nazewnictwie) Mnichów (Niepokorny Mnich dystans 96 km), Dzików ( Dziki Groń dystans 64 km) oraz Niebieskich (Wielka Prehyba dystans 43 km). Myślę o nich trochę z zazdrością, ale bardziej z podziwem. Pierwsi zaczęli już o 3 00 i są w drodze od 8 godzin. To muszą być niezłomne charaktery. Rozmawiam chwilę z jednym z nich, właściwie tylko on mówi i to jedno zdanie. Patrzę na jego numer, czerwona kartka – to Mnich dla mnie Anioł Stróż nr 2. Chyba uznał, że ze mną źle, bo mówi do mnie – dużo pij, cały czas pij, tylko to nas uratuje i znika mi z oczu. Nie zdążyłam podziękować. Tę radę zapamiętam do końca biegu. Tak więc piję, najpierw łapczywie, potem małymi łyczkami. Nabieram sił i biegnę dopóki przede mną nie wyrasta kolejna góra i kolejna. Tak już będzie do końca. Patrząc na profil trasy wydawało mi się, że najgorzej będzie do Durbaszki, a potem już „tylko z górki”. Teraz już wiem, że myliłam się bardzo.

Nagle robi się stromo i bardzo wąsko. Przede mną tworzy się zator. Nie wiem o co chodzi, chyba jakiś wypadek. Dziewczyna nie może kontynuować biegu, zwichnięta kostka, albo problemy z kolanem. Nie słyszę dokładnie. Stoimy, czekamy, aż zejdzie z trasy, bo miejsca tu tylko na jedną osobę. Ktoś jej pomaga, nie pozostaje bez opieki. Cierpliwie czekamy, dopytujemy jeszcze, czy w czymś pomóc i ruszamy dalej, jakby ostrożniej stawiając każdy krok. Przed nami las. Hurra jest las, jest cień, ale też brak przewiewu. Nic nie jem, tylko piję, ciągle piję.

Teren raz się wypłaszcza, raz idzie w górę. Pewne momenty trasy to kompletne dziury w mojej pamięci. Dlatego nie wiem kiedy docieram do punktu odżywczego w Schronisku pod Durbaszką.

W drodze do Schroniska pod Durbaszką

Gnam w dół po miękkiej trawce licząc na zimną Coca – Colę. Cola okazuje się ciepła i za słodka. Przemywam wodą słoną od potu twarz i jem banana. To mój pierwszy posiłek od 7 rano. Potem dopadam do rozkrojonych na ćwiartki pomarańczy. Są soczyste i zimne. Boże pobłogosław tego, który trzymał je w lodówce. Jem jednego za drugim. Są takie pyszne, że chcę tu zostać. To przez nie spędzam tu za dużo czasu.

Ruszam dalej, prę w górę, na otwartą przewiewną przestrzeń. Dostaję SMS-a, to mąż. Martwi się. Oddzwaniam i melduję, że wszystko w porządku, że połówka już za mną.

Widok na Tatry

Pogoda cudna, więc widzę Tatry i śnieg na szczytach. Robię kolejne zdjęcie i lecę w dół. Cały czas w dół, po trawie, kamieniach, korzeniach. Nie lubię zbiegów, nie wychodzą mi, zamiast nadrabiać straty czasowe, moje ciało cały czas hamuje. W końcu docieram do Szafranówki, która zaskakuje mnie ostrą, skalistą granią i schodzeniem po linach. Tu też robi się zator, bo oprócz chyżo zmierzających do mety biegaczy, są też spokojnie wchodzący turyści, którzy chcą dziś skorzystać z pięknej, słonecznej soboty. Stoimy i czekamy na swoją kolej. Mam wrażenie, że gość za mną niecierpliwi się (patrzę na nr startowy – to Niebieski), pytam czy go przepuścić, odmawia. Mówi, że przynajmniej odpocznie. Myślę sobie, na pewno nadrobi na zbiegu, nie to co ja. W pełnym skupieniu pokonuję to trudne zejście.

Od Szafranówki często się potykam, prawie zaliczam dzwon. Nogi już zmęczone, ganię się w myślach, że powinnam bardziej uważać. Ciągle jest ostro w dół. Słyszę rzekę, już widzę dachy szczawnickich domów, już prawie witam się z gąską, gdy wpadam w błoto. Wielkie, gęste, gliniaste błoto. Myślę o tym, że w zeszłym roku większość trasy, tak właśnie wyglądała. Jeszcze tylko kilka metrów, jeszcze kawałek…

Chyża Durbaszka w drodze do mety

Wbiegam na deptak i od razu go widzę. Czeka na mnie. Uśmiechnięty podbiega i mówi, że już blisko i finisz. Biegniemy chwilę razem. Ze łzami w oczach przekraczam metę z czasem 3:32.

Chyża Durbaszka meta

Wiem, że czas mógłby być lepszy. Wiem, że stać mnie na więcej. Przyjechałam tu nastawiona na zabawę i przygodę. Tak było. Chętnie bym to powtórzyła na pełnym gazie. O tak! Z pewnością to powtórzę.

Na przepięknych, malowniczych, pienińskich szlakach zostawiam swój ślad i pot. Nie mogłam wybrać piękniejszej trasy na swój debiut.

To tu w Szczawnicy zaczęła się moja przygoda z bieganiem górskim. I niech ta przygoda trwa dopóki zdrowie pozwoli.

Nad Grajcarkiem w Szczawnicy po Chyżej Durbaszce

Podziękowania

Dziękuję mojemu mężowi za ogarnianie wszystkich spraw techniczno – logistycznych, za wszystkie rady, pomoc i wsparcie. Dziękuję też za szukanie agrafek na mieście czy wiązanie butów, ale przede wszystkim dziękuję za akceptowanie drogi, którą chcę dalej podążać.

Szczawnica - Grajcarek

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s